2026-01-18

Dima Duke (wywiad)

Wywiad z Dimą Duke'iem, tancerzem, trenerem tańca nowoczesnego i performerem pochodzącym z Białorusi.

Czy mógłbyś w kilku słowach opowiedzieć o tym, czym się zajmujesz i co robisz na co dzień?

Cześć, jestem Dima, mam 37 lat. Przeprowadziłem się z Białorusi do Polski trzy lata temu. Jestem tancerzem, trenerem tańca nowoczesnego i performerem. To znaczy, że nie tylko tańczę, ale też uczę tańca i występuję.

 

Jaki rodzaj tańca jest Ci dziś najbliższy? Mówiłeś o tańcu nowoczesnym, ale czy możesz to doprecyzować?

Teraz mój taniec nowoczesny to jest raczej mix. Kiedyś byłem stricte hip-hopowcem — zajmowałem się tylko hip-hopem, jeździłem na mistrzostwa, występowałem głównie w formacie battle.

Później zacząłem robić więcej choreografii, poznałem kulturę vogue i przez dwanaście lat zajmowałem się voguingiem. Byłem vogue’erem, byłem nawet ojcem Vogue House’u.

Z czasem przeszedłem do kolejnego etapu i zacząłem zajmować się nowoczesną choreografią, która nie jest zależna od konkretnego stylu tańca. To jest forma, która opiera się na improwizacji — na nastroju, na tym, jak czujesz muzykę i swoje ciało.

Obecnie prowadzę warsztaty, na których uczę improwizacji, czucia muzyki, czucia ciała, pracy z techniką i podobnych rzeczy.

 

Jak wyglądają zajęcia z Tobą? Kto na nie przychodzi i czego uczysz?

Tak, jestem trenerem — w tym roku mija 18 lat, odkąd tańczę i praktycznie przez cały ten czas byłem też trenerem. Najpierw w hip-hopie, potem w vogue’u, teraz w tańcu nowoczesnym.

Zajęcia wyglądają różnie, w zależności od tematu warsztatu i od grupy. Czasem prowadzę warsztaty bardzo podstawowe, na które przychodzą osoby bez doświadczenia. Wtedy opowiadam, czym w ogóle jest taniec, jak można się go uczyć, jakie umiejętności są potrzebne do rozwoju.

Tłumaczę też, że taniec to nie tylko ciało, ale i muzyka, rytm, poczucie dźwięku. Uczę, jak słuchać muzyki, jak ją rozkładać na dźwięki, jak zrozumieć, z czego składa się utwór, i jak na to reagować ruchem.

Są też warsztaty dla osób bardziej zaawansowanych. Na przykład warsztaty „hands”, gdzie pracujemy głównie z rękami, albo „bodywork”, gdzie skupiamy się na pracy z tułowiem, klatką piersiową, tymi częściami ciała, które często są w tańcu pomijane.

Mam ponad 20 różnych tematów warsztatowych. Prowadziłem warsztaty na Białorusi, w Polsce, Rosji, Hiszpanii. Zawsze dostosowuje je do potrzeb – czy to szkoły tańca, dzieci, dorosłych, czy grup zupełnie nie tanecznych.

Teraz w lutym prowadzę w Słupsku bezpłatny kurs podstawowy, w ramach cyklu, będzie: poczucie muzyki, praca z ciałem, choreografia i improwizacja.

 

Mówiłeś też, że występujesz. Czy są to raczej występy solo czy grupowe?

Obecnie głównie solo, choć zdarza się też w grupie. W ciągu ostatnich dwóch i pół roku w Polsce występowałem m.in. w „Mam Talent”, gdzie dotarłem do półfinału z moim solowym, w pełni improwizowanym występem. Solowo występowałem też na Marszach Równości.

Z grupą z kolei występowałem podczas otwarcia festiwalu teatralnego w Szczecinie. Od dwóch lat jestem też choreografem akcji One Billion Rising w Słupsku, przeciw przemocy wobec kobiet, gdzie dla zespołu w którym tańczę, tworzę choreografię.

 

Dlaczego zająłeś się tańcem?

Profesjonalnie zacząłem dopiero na uniwersytecie. W dzieciństwie tańczyłem, ale nigdy nie czułem się częścią zespołu. Zawsze byłem indywidualistą, wolałem tańczyć samemu.

Na studiach spróbowałem swoich sił w konkursach talentów, dostałem bardzo dobry feedback i zaproszono mnie do szkoły tańca. Po pół roku zaproponowano mi pracę trenera. I tak to się potoczyło — dobrze mi się pracowało z ludźmi, dobrze z tańcem, trwa to już 18 lat.

 

Co najbardziej lubisz w tańcu?

Pierwsza rzecz to swoboda. Wybór muzyki, wybór tematu — to wszystko daje ogromną wolność.

Druga rzecz to sens. Nie interesuje mnie tylko technika. Taniec jest dla mnie sposobem komunikacji, niewerbalnego mówienia o czymś, co czasem nie jest proste ani oczywiste.

I trzecia rzecz — indywidualność. Kiedy uczę, nie chcę, żeby ktoś tańczył jak ja. Daję narzędzia i ćwiczenia, żeby ktoś mógł budować swój własny język ruchu.

 

Jak postrzegasz polskie środowisko taneczne?

To zależy od miasta. W małym mieście, jak Słupsk, trudniej zrobić duże wydarzenie, ale łatwiej zbudować relacje i warsztaty. W Warszawie jest ogromna oferta, ale też ogromna konkurencja.

Uważam, że poziom tańca w Polsce jest wysoki, ale bardzo trudno jest utrzymać się tylko z tańca. To jest duże wyzwanie.

Nad czym teraz pracujesz?

Teraz skupiam się na lutowym kursie w Słupsku. Na dziś mam już 57 zgłoszeń, co jak na to miasto jest ogromną liczbą. Rok temu było 31 zgłoszeń, teraz prawie dwa razy więcej.

Jestem też zaangażowany w organizację Marszu Równości w Słupsku — w tym roku będzie czwarta edycja. Będę jednym z organizatorów i performerów.

 

Jakiego rodzaju współprace Cię interesują?

Dwa kierunki. Pierwszy to prowadzenie warsztatów — tanecznych, ruchowych, improwizacyjnych, dostosowanych do różnych grup.

Drugi to performance — głównie solo, ale też zespołowe projekty, dłuższe formy sceniczne, współpraca z teatrami i instytucjami.

 

Na koniec: czego sobie życzysz jako artysta — sobie i lokalnej scenie?

Sobie życzę zdrowia — mam 37 lat, dla tancerza to już prawie emerytura.

Scenie życzę otwartości i lojalności, szczególnie w większych miastach. W Słupsku czuję się bardzo bezpiecznie i wspierany. Chciałbym, żeby ta otwartość była normą wszędzie.

MAKE
MIGRANTS
AGAIN
GREAT